Przemówienie w Tylmanowej - 16.VIII.1972

Przemówienie Kardynała Karola Wojtyły w Tylmanowej podczas dnia wspólnoty po wysłuchaniu świadectw oazowiczów.

Dużą satysfakcją było dla mnie to popołudnie. Przede wszystkim dlatego, że jest mi osobiście bliski ten styl życia. Mogę powiedzieć, że w jakiś sposób praktykowałem go już dawniej z waszymi – no... przynajmniej starszymi kolegami i koleżankami, a może często z waszymi rodzicami, bo życie idzie naprzód. Muszę równocześnie stwierdzić, że wtedy, kiedyśmy to wspólnie praktykowali, nie było to tak głębokie, tak dojrzałe i tak soborowe, jak w waszym wydaniu. Podkreślam szczególnie wydarzenie Soboru, który się odbył w czasie od tamtych naszych doświadczeń podobnego stylu życia do waszego doświadczenia oazy. Na Soborze przeżyliśmy, przemodliliśmy i przemyśleliśmy na nowo tajemnicę Kościoła.

Kiedy uczestniczę w tym spotkaniu wieczornym, znajdując w nim jak gdyby odzwierciedlenie wszystkiego, co się dzieje w oazach, to widzę, jak bardzo do waszych oaz weszła soborowa wizja Kościoła, jak żywy jest jego obraz w waszym doświadczeniu, w waszym przeżyciu. I to jest czymś ogromnie bliskim dla mnie nie tylko osobiście, ze względu na wspomnienia przeszłości, które częściowo są podobne do waszych doświadczeń, ale dla mnie jako dla biskupa, dla którego Sobór i obraz Kościoła przez ten Sobór wyłoniony stał się jakąś szczególną, a nawet centralną treścią życia. Oczywiście, że takie jedno popołudnie pozwala tylko w małej części wejrzeć w całość, ale daje jakiś obraz tej całości. Myślę, że jest ona o wiele bogatsza, aniżeli mogłem dostrzec i przeżyć z wami w ciągu tego jednego popołudnia, kiedy się dzieliliście swoim świadectwem podczas sprawozdania z poszczególnych oaz.

Bardzo się cieszę, że trafiłem tutaj na takie okoliczności. Zresztą wasz Ojciec, jak o nim mówicie, organizator zarazem Ruchu Żywego Kościoła, już tak wszystko dobrze zaplanował, ażeby mnie wyprowadzić na możliwie najwyższą górę. Jednakże wiedział, że ja się tym nie załamię. Bardzo mi to odpowiadało, żeby jeszcze jedną Mszę św. w tym roku odprawić na łonie natury i w takich szczególnych okolicznościach. Przyznam się, że jeszcze w tak licznym gronie nie koncelebrowałem pod gołym niebem i na górach. Pod gołym niebem to już, na Monte Cassino, ale na górach to jeszcze nie, zwłaszcza na Soblach (bo ja przynajmniej tak te góry nazywam, tam za Dunajcem: Soble). I mam z nimi osobiście związane takie dość surowe wspomnienia. Więc bardzo się z tego cieszę. I cieszę się z tego, żeśmy tam zostali zlani przez deszcz, ale nie tak ostatecznie. Gorzej by było, gdybyśmy byli zlani ostatecznie. To wszystko było tak brzegiem światła, brzegiem cienia, brzegiem burzy, brzegiem słońca, brzegiem deszczu, brzegiem suszy. W każdym razie ostatecznie nie byliśmy zlani, przynajmniej ja nie. A jeżeli ktoś ma inne doświadczenia, niech wystąpi. Wszystko dobrze się więc skończyło i wróciliśmy do Tylmanowej. Miało to także i tę dobrą stronę, że nie wracaliśmy w nocy.

Wreszcie ostatnia myśl, która mi się nasuwa, kiedy słyszę: oaza. Kiedy słyszę to słowo odmieniane przez tyle ust i pojawiające się w tylu sprawozdaniach różnych grup: kapłańskich i kleryckich, i pań katechetek, i wreszcie młodzieży, i Polaków, i Włochów, i Łużyczan, wtedy myślę sobie: jeżeli jest oaza, to znaczy, że niestety jest pustynia, bo oaza ma rację bytu tylko na pustyni. Tam, gdzie nie ma pustyni, nie ma oaz. Otóż to jest jakiś podtekst tej prawdy, którą wy tutaj wyrażacie i przeżywacie.

To oczywiste, że jest pustynia. Nie może nas ona jednak zniechęcać, może nas tylko zachęcić, ażeby było jak najwięcej oaz. Pustynia jest bowiem tylko wtedy groźna, jeżeli na niej nie ma oazy, jeżeli oazy są bardzo rzadko, bardzo daleko. Wtedy można naprawdę, jak tutaj jeden z Was powiedział, umrzeć z pragnienia. Ale jeżeli oazy są, jeżeli są dość gęsto, blisko siebie, to nawet pustynia nie jest groźna. Można przez nią przejechać. Taka przejażdżka po pustyni na wielbłądzie może być nawet dla kogoś całkiem interesująca. Ale żarty na bok. Ja myślę, moi drodzy, że jest bardzo głęboka prawda w nazwie: OAZA. W jakimś znaczeniu życie jest jednak pustynią. Grozi nam pustynia. Powiem jeszcze inaczej: groziłaby nam pustynia, gdybyśmy nie tworzyli oaz.

I teraz drugi wniosek z tego wyprowadzam: jesteście tutaj na oazie, jest was tutaj wielu. Myślę, że na tej oazie poniekąd każdy z was staje się oazą po to, ażeby wrócić na pustynię i żeby tę pustynię zagęścić oazami. Może to spojrzenie, które tutaj wnoszę, jest nieco inne aniżeli wasze. Wy patrzycie bardziej od wewnątrz, od strony waszego przeżycia. Ja na to patrzę jeszcze inaczej. Patrzę pod kątem życia naszego społeczeństwa, pod kątem życia naszej młodzieży, pod kątem wielkich zmagań, które się w tej chwili toczą, jeżeli chodzi o styl życia, o pewien świat wartości, o poziom duchowy naszego całego społeczeństwa, a zwłaszcza naszej młodzieży. Od tego zależy cała nasza przyszłość, społeczeństwo jutra.

Dlatego wracam do mojego wniosku: jesteście tutaj na oazie, trzeba, ażeby każdy z was wziął tę oazę w siebie i żeby się stał taką oazą i żeby tymi oazami zagęścić jak najbardziej pustynię. Wtedy ona nie będzie groźna. To jest równocześnie życzenie, które wam przekazuję z całego serca, wszystkim tutaj zgromadzonym, wszystkim oazom i waszemu Ojcu i organizatorowi, który ten Ruch Żywego Kościoła zainicjował i rozwija z roku na rok. Niech Bóg za wstawiennictwem Matki Niepokalanej i Jej umiłowanego sługi, błogosławionego Maksymiliana, pozwoli oazami zagęścić pustynię, która nam grozi, aby już nie była groźna.

[Ks. F. Blachnicki, Godziny Taboru, Carlsberg-Lublin 1989, s. 17-19.
Pobrane z: http://ikaku.fm.interia.pl/jpprzew.html ; Irena Kucharska]