Dla Boga nie ma nic niemożliwego - film o Ruchu

200 ton żywności, milion egezemplarzy Pisma Świętego, ks. Franciszek Blachnicki, ekumenizm...


Świadectwo Małgorzaty Alexandrowicz (dzisiaj: S. Paula, Benedyktynka w Szwecji)

W maju 1981 r. O. Franciszek podczas wizyty u norweskiej gałęzi ruchu „Młodzież z misją”(…) tuż przed odjazdem na lotnisko zwrócił  się do mnie i powiedział: „Słuchaj, spodziewamy się latem około 50 000 oazowiczów i nie mamy dla nich jedzenia. Wiesz, że kartki nie starczają.  A zresztą i tak można je wykorzystać tylko w miejscu zamieszkania. Musisz nam pomóc z tym jedzeniem, Gosia, skoro teraz jesteś tutaj...”. I wsiadając już do auta dodał odwracając się: „I pamiętaj,   dla Boga nie ma nic niemożliwego!”.
Ojciec pojechał i wróciłam do mojego pokoju …To wszystko było tak zaskakujące, że jedna myśl … dość szybko mi się uformowała: „Tu są tylko dwie możliwości. Albo Bóg zrobi cud, i wykorzysta mnie jako narzędzie, albo Bóg cudu nie zrobi, i wtedy nic z tego nie będzie. A więc to zależy od Niego!”
Z tym nastawieniem oczekiwania i pewnego wahania otworzyłam Pismo święte, żeby się pomodlić. Tego dnia [w studium Pisma św.]kolejka wypadła na Ps 78. Po dłuższym opowiadaniu o wierności Boga wobec niewiernego ludu, następują wiersze 19 – 29: „Czyż Bóg potrafi nakryć stół na pustyni?”… Czy także potrafi dać chleba albo ludowi swemu przygotować mięso?... bramy nieba otworzył i spuścił jak deszcz mannę do jedzenia…. Jedli więc i nasycili się w pełni”.
Nagle pojęłam, co czytam. Tu była odpowiedź, rozwiązanie naszego problemu!

Oczywiście, to co Bóg mógł zrobić na pustyni, to może zrobić i dzisiaj – jeśli tylko ja uwierzę, że On może i chce! Wszystko stało się takie proste. Ojciec miał rację. Zaczęłam dziękować Bogu za Jego moc, Jego możliwości. I szybko następnego dnia, pojechałam do Oslo. Z jednym jedynym adresem w kieszeni… do Norweskiej Misji za Żelazną Kurtyną, do znanego Ojcu - Franka Kargsteina, stwierdzając z olimpijskim spokojem, że potrzebujemy 200 ton żywności (czytaj: 2 milionów koron norweskich) i że Niebiosa już to załatwiły ...

Dalszy ciąg tej cudownej historii - świadectwo Zielonoświątkowca Franka Kaleba Jansena:  

Nigdy nie zapomnę tego dnia, dnia w którym mój mały świat zatrzymał się w biegu, by następnie zmienił kierunek rotacji.
Był koniec maja 1980.
Bez umawiania się i ostrzeżenia, nagle pojawili się w moim biurze Gosia (Małgorzata Alexandrowicz) i Vegard (Vegard Kaspersen), przyjaciel z Misji za żelazną Kurtyną (obecnie Norweska Misja na Wschodzie). Moja firma, koreańskie biuro pośrednictwa handlowego, kwitła (...) na codzień byłem również jej szefem. Czasu miałem mało. Gosia i Vegard nie przejmowali się tym. Ich sprawa była “z innego świata”. Trzeźwo, bez wielkich słów, ta szczupła i blada polska studentka władająca zaskakująco dobrym norweskim opowiadała mi, że Ruch Światło-Życie zaplanował już swoje zwyczajowe letnie obozy-rekolekcje na południu Polski. Tego lata spodziewano się 50.000. młodych. Władze wymyśliły tymczasem skuteczny sposób zastopowania rekolekcji. Kartki żywnościowe były ważne wyłącznie w miejscu zameldowania. Stąd też oazy potrzebowały 250 ton żywności, to jest 10 pełnych ciężarówek-trailerów. Gosia miała nawet przy sobie szczegółową listę - zestaw rodzajów produktów i potrzebnych ilości kilogramów sera, kiełbasy, makaronu, itp.
Z niedowierzaniem wpatrywałem się w listę. Prosta kalkulacja mówiła mi, że to było nie do zrobienia. Za nieco ponad miesiąc zaczynały się letnie wakacje i czas pierwszych turnusów oazowych. Poziom aktywności w norweskich kościołach i parafiach też już opadał w związku z nadchodzącym latem. Osobiście oczywiście nie miałem środków na sfinansowanie czegoś takiego. Na dodatek dochodziły wszystkie praktyczne trudności z zakupem, transportem, biurokracją i “zamkniętą” Polską, pełną politycznego napięcia. Nawet z dnia na dzień nikt nie był w stanie przewidzieć, jak miała rozwinąć się wojna nerwów między rządem, Solidarnością i Kościołem.
Nietrudno mi przyszło wyjaśnić im, dlaczego było to nie do przeprowadzenia. Prawie nie zauważyłem rozczarowania, jakby z rezygnacją oczekiwali odmowy. W ciszy opuścili moje biuro.

Tego popołudnia Bóg przemówił do mnie.
W drodze między dwoma spotkaniami handlowymi usłyszałem w moim wnętrzu władczy głos: “Ty daj im jeść!”. Te same słowa czytałem wielokrotnie w Piśmie świętym, w opowiadaniu o tym, jak Jezus nakarmił 5.000 osób na pustyni. Zatrzymałem auto, otworzyłem Pismo święte i na nowo przeczytałem ten tekst. Teraz chodziło o mnie, teraz to mnie On wołał i nakazywał!

(…)  Cud stał się ponownie.
Drugiego dnia pierwszego turnusu oaz, kiedy poprzywożone z domów zapasy były na ukończeniu, przybył do Krościenka 25-tonowy transport. Radość i pieśni uwielbienia z powodu otrzymanej odpowiedzi na modlitwy zaskoczyły dziennikarza i fotografa z Dagbladet (popularna, krytyczna wobec Kościoła norweska gazeta), którzy dostali wizy, aby byli świadkami dalszych losów transportu. W dniu, kiedy pierwsze strony europejskich gazet pełne były irańskiego zamachu na Chomeiniego, zamachu, w którym zginęło lub zostało rannych 32 ministrów i współpracowników dyktatora, w tym właśnie dniu Dagbladet wypełniła pierwszą, tytułową stronę zdjęciami cieszących się i wdzięcznych Polaków.
Opuściłem swoją pracę i firmę i stałem się pełnoetatowym ambasadorem sprawy polskiej. Z Gosią w roli sekretarki i “adoptowanej córki” wypełnialiśmy w ciągu najbliższych miesięcy norweskie gazety wiadomościami z Polski. Akcja objęła wkrótce kręgi chrześcijan w Szwecji i w Danii.
“10 ciężarówek” rozmnożyło się do 240 z samej tylko Norwegii, i prośba Ojca Blachnickiego stała się błogosławieństwem nie tylko dla jednego, lecz dla dwóch narodów. Norwedzy doświadczyli bowiem błogosławieństwa w równej mierze z Polakami.
A ja nigdy już nie byłem ten sam.

Typowym dla Ojca Blachnickiego było, że kiedy spotkałem go po raz pierwszy pod koniec ostatniego turnusu oaz tego lata, popatrzył mi prosto w oczy i powiedział: “Kaleb, dziękuję za żywność, ale przede wszystkim potrzebujemy Słowa Bożego. Czy możesz przesłać nam milion egzemplarzy Pisma świętego?” Myślałem, że się przesłyszałem. Wiedziałem, co to znaczy szmuglować Biblią. Ryzyko, koszta i problemy dystrybucyjne były olbrzymie nawet gdy chodziło tylko o kilkaset sztuk Nowego Testamentu.(…) 
A tu ten starszawy i dość kontrowersyjny ksiądz w niepozornym miasteczku prosi mnie, pewnie równie kontrowersyjnego brata z małej zielonoświątkowej parafii w Norwegii o więcej niż podwojenie dystrybucji Biblii w Polsce. Co więcej wymagałoby to zmiany przepisów prawnych ze strony władz komunistycznych i błogosławieństwa Kościoła co do tego, by ludzie świeccy rzeczywiście zaczęli czytać Pismo święte.
Z wahaniem obiecałem, że będę się w tej sprawie modlił, i na tej podstawie zrodziła się przyjaźń i braterstwo na resztę życia. Rozsadzająca wszelkie granice wiara w to, że dla Boga nie ma nic niemożliwego i że prawo do Pisma świętego, do Słowa Bożego, jest podstawowym prawem ludzkim, ta wiara stała się fundamentem, na którym budowaliśmy nasz ekumeniczny kontakt.
Pod hasłem “Biblia 82 - Polen - 1.000.000.” przetransportowałem do Polski 1,4 miliona Biblii w ciągu dwóch lat. Kościoły wypełniały się czytającą Pismo święte, wierzącą młodzieżą, potęga komunizmu była złamana i Słowo Boże jak słońce wschodziło nad krajem.

Założony przez Ojca Blachnickiego Ruch Światło-Życie był równie prawdziwie ekumeniczny jak i prawdziwie katolicki. Podczas licznych z nim spotkań, także już później, gdy musiał prowadził dalszą walkę z emigracji w Carlsbergu w Niemczech, snuliśmy wspólnie nasze marzenia.
“Tak, wiem że jesteśmy różnych wyznań”, mówił.. I one pozostaną różne. Ale dla tych, których umysł zwrócony jest ku górze, nasza wędrówka wygląda jak zdobywanie szczytu. Nie zawsze wiemy o sobie nawzajem, kiedy tak idąc z różnych stron, męczymy się wchodzeniem pod górę. Ale im bliżej celu, tym bliżej jesteśmy siebie nawzajem. Tak jest i w Królestwie Bożym. Im bardziej jesteśmy zwróceni ku Bogu i zanurzeni w Jego Słowie, tym bliżej jesteśmy siebie nawzajem jako bracia i dzieci tego samego Ojca”.
“Twój Kościół ma prawie 2000 lat, mój prawie 100”, mówiłem mu pół żartem, “ale nie zapominaj, że także twój Kościół zaczął się kiedyś jako zielonoświątkowy ruch Ducha Świętego!”.
W takich chwilach śmialiśmy się razem i opowiadaliśmy jeden drugiemu przeróżne historie, które nigdy nie przybierały formy kazań, czy sztucznie duchowych wzajemnych napomnień. Także poczucie humoru stało się wspólną wartością, która pomagała nam obu znosić niezrozumienie, a nawet i prześladowanie ze strony własnych współwyznawców. Nie wszyscy w parafii zielonoświątkowej i nie wszyscy w kościele polskim byli równie zachwyceni aktywnością tych dwóch “nieregularnych”.

Kiedy podejrzliwość i zazdrość prawie że zdołały zastopować akcję biblijną, rozstrzygająca okazała się bliska przyjaźń Ojca Blachnickiego z papieżem Janem Pawłem II. Z tych prób i trudności wyrosła też przyjaźń z księżmi, biskupami i kardynałami w Kościele Katolickim. W chwilach, kiedy moi ewangeliccy przyjaciele pytająco przyglądają się fotografii papieża ze mną, wiszącej w moim biurze, czuję się dumny i szczęśliwy mogąc powiedzieć: ”Tak, spotkałem się z nim i stoimy na tym samym gruncie wiary, na Słowie Bożym, i modlimy się za siebie nawzajem! Otrzymałem od niego dwa listy i nazywam go bratem!”.

A wszystko dzięki gigantowi wiary, który musiał umierać na obczyźnie i jego wysłanniczce, młodej studentce o imieniu Gosia.
Pełen czci i wdzięczności za to, że dane mi było znać brata Franciszka, dziękuję.
Frank Kaleb Jansen

I jeszcze piękne post scriptum:
W dniu kiedy przed Tronem zabrzmi pieśń z każdego języka, ludu i narodu, zmieszam mój norweski z językiem, którego nigdy nie miałem okazji poznać, lecz który tak dobrze rozpoznaję. Ze swojej pielgrzymki przyjdą śpiewając “Królem Bóg”, przyjdą z Warszawy, Krakowa, Poznania, Krościenka i Carlsberga. I chociaż w niebie nie ma łez, będę płakać z radości śpiewając razem z nimi. Niech Bóg błogosławi Polsce!